Historia pewnego zaimka dzierżawczego.
Myślałam: tak przecież być nie może!
Stanął sobie taki w butach, w nasiąkniętym płaszczu wpadł prosto z deszczowego podwórza do mnie – tu, do tego pokoju, do mojej skrzynki z oknem na zawsze (no, prawie zawsze) słoneczną stronę świata. Tak być przecież nie może! – zaklinałam całą sytuację we własnej, a osobistej głowie – na osobności, ale z determinacją mogącą wystarczyć do wzniecenia niejednej galaktyki. Zaklinałam stosując najstarszą na świecie kobiecą argumentację: nie, bo nie. Nie zgadzam się, nie dzisiaj, nie teraz. A więcej nawet: być może nie zgodzę się nigdy.
Ale kim był ten człowiek? – zapytasz może. Powiem Ci, że ja sama nie wiem. Ni mniej, ni więcej: nie wiem po prostu. Wyglądał mi na kogoś czyhającego na mój fotel. Tak, tak… ten najlepszy w całym pokoju, na przenajświętszych w moim kanonie meblarskiego piękna stópkach. I chyba ta możliwość niecnych zakusów na moją świętość wzburzyła mnie natenczas najbardziej. Rozumiesz chyba… on przecież w mokrym płaszczu, w butach, do diabła!
Póki co w drzwiach stał nadal, ani myślałam się z nim witać. Przychodzi taki w środku nocy, bez słowa wchodzi nie pukając i zdaje się mu, że zaproszę go nie pytając nawet o imię. …I ja tak zrobiłam.
“Wejść” – rzekłam. A on wszedł.
Kiedy już powiedziałam “A”, to nieuchronnie zanosiło się na “B”. Byłam jednak dzielna, tego sobie nie odmówię! Całe jedenaście minut patrzyliśmy na siebie bez słowa. Rzucałam krótkie spojrzenia na fotel, jednoznaczne: “nawet nie myśl o tym, żeby tam usiąść”. On nie odpowiadał, przygryzał tylko szczerością wargę. …Teraz wiem, że to była szatańska zagrywka. Znalazł ją gdzieś w księdze słabości kobiecej, pod moim nazwiskiem. “Przygryzanie wargi szczerością zdobywa jej uwagę” – tak to musi być tam zapisane. Innej wersji nie przewiduję, bo innej nie ma. Zatem, od uwagi zacząć się może wszystko, mówię Ci. U mnie zaczęło się “coś”.
W taki oto sposób obcy człowiek wkroczył w moją sferę sacrum ulepioną z profanum (- bo wszelkie jej świętości są rzeczami całkowicie materialnymi i tylko fantazja moja do spółki z niepowagą odpowiedzialne są za lepienie). Wpadł on w moje życie, któremu odmawiałam ładu, albo inaczej: układałam je po mojemu. Człowiek-mężczyzna, z którym blisko sześć godzin spędziłam pewnej zimowej nocy nad Wisłą, który zresztą fakt uznał on za najbardziej romantyczny z dotychczasowych w jego życiu. Pozwoliłam mu: uczyć mnie skręcać papierosy, wcisnąć sobie książkę o Morrisonie, lubić razem ze mną swetry na guziki. Ta hybryda trzymała mnie nawet za rękę, kiedy płynęłam po brukach wszelkich z dziką przyjemnością.
Nie dostał pozwolenia na fotel w moim prywatnym królestwie. Ale dostał spojrzenie i uśmiech. Widok na iskrę w oku, kiedy coś zdobywa moje uznanie, albo zaczynam taniec wariatki. Mógł śledzić podskoki brwi i światło wplątane we włosy. Nie wiem ile z tego zobaczył. Nie od dziś wiadomo, że w pomieszczeniach lubię mieć półmrok. Kaprys władczyni.
Nie dostał pozwolenia na fotel. Dopóki stał w pokoju.
Bo w końcu wyszedł. Zawrócił się na pięcie stojąc zaledwie krok za progiem. Według oficjalnej wersji: nie myślał nawet o moim fotelu, być może nawet go nie zauważył. Ponoć się przestraszył.
˜
A ja przez chwilę rozważałam rozluźnienie przywiązania do pewnego zaimka dzierżawczego. Tuż przed wyjściem jego przeciwieństwa. Może to i lepiej, że wyszedł, bo zaczęłam zastanawiać się nad słowem, jakie można wstawić pomiędzy autorytaryzm, a abdykacja. Oba są na “A”. Moje imię zaczyna się i kończy na “A”. Być może, wskazuje to na oscylowanie władczyni pomiędzy wyżej wspomnianymi terminami, w zależności od wilgotności (powietrza). Być może.
Ale to tak tylko, historia taka. Taka jak te o kotach, co z dachu skakały prosto na księżyc – chciałoby się, by miała ciąg dalszy. A tu dupa!

Tak naprawdę, to wszystko jest Twoje. I Ty decydujesz o tym, komu i co z siebie przydzielasz.
Decyzje takie należy podejmować z rozwagą i szaleństwem. Na raz. :)
Bardzo podoba mi się to Twoje: “Wejść!” :)
A mnie podoba się to Twoje “…z rozwagą i szaleństwem. Na raz.” :D
A mnie się, oczywiście, bardzo podoba wątek fotelowy:)
Fotelowy mnie również. Kiedyś, kiedyś napisałam podobną historię. Nieznajomy też był mokry. I siedział na moim fotelu, a ja się wkurzyłam, bo nie miałam gdzie rzucić ubrań przed pójściem spać. Ale pozwoliłam mu zostać. On coś tam jednak ważnego powiedział. :) Dobra, już nie nudzę pisaniem o SOBIE. xD Chodziło mi o to, że notka jakoś taka bliska mi się wydała.
Przychodzą zawsze w deszczu, z bukietem kwiatów i kapią deszczówką z włosów na podłogę (kap, kap). Za każdym razem na ich twarzach gości papierosowy grymas, nawet jeśli z papierosami mają niewiele wspólnego, a oczy przeważnie są tego właśnie koloru marzeń.
Wchodzą, przekraczają próg krokiem, który na myśl przywodzi fale, jakie powstają po wrzuceniu pierwszego lepszego kamyczka do płytkiej, jesiennej kałuży przed szarym blokiem. Potem tylko stają z łzawym spojrzeniem wbitym w podłogę i mówią słowa, których nigdy nikt nie pamięta, bełkoczą coś. W końcu chwytają za rękę, za dolną wargę i zostawiają blade znamię, kiedy wychodzą wczesnego, jeszcze siwego ranka.
Nikt nigdy nie pamięta ich twarzy, ich tembru głosu, słów, które wypowiadają. Pamięta się tylko oczy, które przy każdym wspomnieniu nabierają innego koloru tęczy – od barwy kompotu śliwkowego po rozkoszny wiśniowy. I czasem to pierwsze muśnięcie dolnej wargi.
Następnego dnia, dokładnie w samo południe, spogląda się przez okno na uliczkę nakrapianą brudnymi kałużami i gdzieś w kąciku oka miga przed nieskończenie krótką chwilę ten płaszcz, jednak, kiedy odwróci się wzrok, okazuje się, że to tylko refleks słońca wychodzącego zza chmur, odbijającego się w miejskeij rynsztokowej sadzawce. Pierwsza łza
Kochana, czekam na kolejne wpisy. :)
To co, powolutku jakaś petycja, nie?:)
To jest piękne,słowa płyną,nie przygniatają,tylko niosą ze sobą.
Dołączam się do petycji i tez proszę o więcej.
W ciekawy sposób to ujęłaś.
Interesujące.
I ile on mógł z tego zoabczyć.