Przestępstwo w środku zimy.
Co u mnie?
Żyję. Prześlizguję się z dnia w dzień, który połyka noc. Krztusząc się czasami. Otwieram okno nad ranem i zapraszam powietrze. Widzisz więc sam – żyję. Mimo, że czasem zaciągam się dymem. I choć przestrzeń wydaje mi się zbyt pełna cudów, dziwów i strachów, by była rzeczywistością – nadal tak ją nazywam i staram się nie zapominać jej zasad. Z nich wszystkich najważniejsze jest prawo grawitacji, które w skrócie zabrania unosić się nad ziemią – za to idzie się do piekła. Ale czasem zdarzy mi się je złamać. Zupełnie z premedytacją.
Przydarzyło mi się jakiś czas temu. Miesiąc bodaj. Przydarzyło się coś, co rozciągnęłam na przyszłość jak rozciąga się bawełnianą nadkolanówkę po praniu a przed nałożeniem. Zaczęło się od wyjścia po zwane potocznie papierosy, a przeze mnie – zaklinacze czasu. Dobra rzecz taki zaklinacz, ale trzeba uważać. Bo można raz na zawsze czas zakląć i nigdy więcej się nie poruszyć. Ja dzięki niemu zatrzymałam chwilę. Sprasowałam ją między powiekami i wsunęłam do albumu, który teraz otwiera się dla Ciebie.
Z paczką w kieszeni i niebezpiecznie rozkołysanymi myślami wybieram się na łąkę. Ot tak. W środku zimy. Co prawda śniegu nie ma, raczej woda rozgrzewająca ziemię do błota. Podgniłe trawy, łyse drzewa, półostre powietrze. I droga wąska i grząska, jak myśli o tym co złego może się zdarzyć jeszcze. Podnoszę głowę, raz po raz w niebo spoglądałam, tak jak spogląda się w przyszłość: niby patrzysz wiedząc w którą stronę, a mimo to nic konkretnego nie dostrzegasz. Zdaje się bliska, a jest daleka. Albo odwrotnie. W każdym razie: nigdy konkretnie, przenigdy jednoznacznie.
Idę więc, a wiem, że ta droga prowadzi donikąd. Ale tego mi trzeba: bezcelu, chwili samodzielnej ubranej tylko w leniwy dym zaklinacza. Wyciągam pierwszego papierosa mając ciszę i pustkę pod ręką jak zapalniczkę. Podpalam. Unosi się pierwsza wstęga dymu łącząca mnie ze światem, sznurująca chwile. Wpadam na pomysł: gdyby mieć Polaroida na myśli. Te przelewające się tak subtelnie, aż odczuwa się lekkie mrowienie na karku. Przymykam oczy i przesączam dym przez usta. Tak, takie myśli można fotografować.
Znikąd nadjeżdża dwóch rowerzystów. Chyba wędkarze – myślę, patrząc na ich strój moro i gumowe buty, plastikową skrzynię na miejscu bagażnika. Widzą mnie tutaj samą. Więc zdaje im się pewnie że turystka, która nie wie co robi, bo obca. Mija mnie pierwszy, wygląda na sześćdziesięciolatka. Rower skrzypiąc porusza się z trudem po mocno rozjeżdżonej już drodze. Rowerzysta odwraca się z uśmiechem na spracowanej twarzy i mówi: – “Tam pani nie przejdzie, woda. Tam jest koniec.” A ja bez namysłu, odwzajemniając lekko uśmiech odpowiadam: – “Zawrócę.” Milcząco mija mnie drugi.
Zanim znikną po przeciwległej stronie drogi zaskoczą mnie wypowiedziane słowa, oderwę je od ziemi i zda mi się, że spoglądam na swoje życie z góry. Na raz zobaczę: w tej drodze bieg swojego życia, w rowerzyście posłańca z przestrogą, w wodzie przede mną – przeszkodę życia, przed którą miałabym zawrócić. Daję się ponieść temu spojrzeniu, traktuję je całkiem serio i podejmuję grę o nie-wiadomo-co. Skaczę przez kałuże, co chwile zatapiam się w błocie, ale brnę do przodu. Chociaż wiem, że wcześniej czy później przyjdzie mi zawrócić, bo przecież wiem dobrze, że ta droga się kończy. Coś udowadniam sobie dochodząc do miejsca, w którym przed sobą mam tylko bagno i nic tylko zawrócić mi pozostaje. Zapalam więc papierosa i odchodzę w stronę rowerzystów, którzy już dawno zniknęli, których być może wcale nie było nawet. Czas wracać – myślę, bo właściwie wyszłam tylko na chwilę do sklepu, a doszłam na łąkę. A to wcale nie jest w jedną, tą samą stronę.
Wracam miarowym krokiem, wiem dokąd idę, a drogę która mnie prowadzi znam bardzo dobrze. Łąkę zostawiam za sobą. Już pojawiają się małomiasteczkowe krajobrazy, zakrzywiona czasoprzestrzeń domyka się tuż za moimi plecami, kiedy znów mijają mnie ci dwaj rowerzyści, prowadząc rowery. Ten który wcześniej przestrzegał przed dalszą wędrówką pyta dobrotliwie: – “I co, suche nogi?” Śmiejąc się w myślach do siebie, do niego, do świata, zerkając najpierw na stopy, później na niego, odpowiadam: – “Trochę”.
I wracam do końca, ciągle powtarzając w głowie wszystkie wypowiedziane przez nas słowa. Po cichu dziękuję przestrzeni za to, że pozwala mi się łapać za język.
˜
Tak oto kradnę dla siebie chwile. Kolekcjonuję je w wielkich albumach, oprawionych w purpurowy jedwab. Mam nadzieję, że zamkniesz każdy z albumów, który dla Ciebie otworzę. By nic z niego nie wyleciało, by nikt nie przyszedł mnie aresztować za tak zuchwałą kradzież.

Chwile są cenne i warto pracować nad tworzeniem nowych, jeszcze bardziej unikalnych, wyjątkowych, godnych zachowania. Takich, które budują fajniejszą przyszłość albo chociaż dają wgląd w szczęśliwsze światy.
O wrażliwość na takie chwile trzeba dbać, nie tłumić jej. Jeśli przyczynia się do zapadania się w bagno – skierować w innym kierunku. Tak, wszystko przed Tobą, nami, wariatami. :)
ps. Świetnie się czyta, pisz częściej. :*
“Zawrócę.”
Perfekcyjne. :)
Zakrzywiona czasoprzestrzeń. Jak się raz, a dobrze potraktuje ją odpowiednim wytrychem, to już zawsze jest bliska, znajoma i piękna. Wytrychem tym zaś może być ot, choć luźne rzucone słowo, spojrzenie, gest, dotyk.
Bukiety wytrychów ślę. :)*
Odpoczynek dobrze Ci zrobił. Ostatnie dwa akapity świetne, tak trzymaj! ;)
Tak się nie godzi, tak sie nie robi, tak się nie miewa, cholera.
Skumbrie w tomacie.
Jak to jest, że ciocia Agnieszka, wyobrażona z szarym kokiem na głowie, z białym, mącznym fartuchem związanym pedantycznie wokół obłej talii, z robótką ręczną w rękach oraz ze starym, dębowym stołem, na którym leży kawałek domowej roboty jabłecznika oraz jeszcze bardziej domowszej roboty kompotu, co wiśniowy… No jak to jest?
Skumbrie w tomacie.
Jak to jest, ze Agnieszka tak łapczywie łapie chwile i uwiecznia je piórem elektronicznym, zaklina w cyferblatach złotych zegarków na łańcuszkach wiktoriańskich gentlemanów i wysyła w niebo do księżyca i do jądra ziemi?
Skumbrie w tomacie.
I ta lekkość płynąca, ta miła dla oka monochromia obrazów, ta spokojność bagienna, w której słychać wczesnowiosenne ptaszyska, gady, płazy i owady i poszumy drzew, krzewów, traw i kropel wody na tafli brudnej wody. Tego mi było trzeba. A więc lep więcej, Agnieszko. Lep i ekshibicjonuj.
Pstrąg.
Ja chwile kolekcjonuję dla siebie. Żeby kiedy nie wiem po co żyję, dotknąć i zobaczyć po co żyłam.
zyczliwy wedkarz
;-)
Jak Ty teraz niedostępnie wyglądasz… ;P
Warto byłoby coś napisać :)
I koniecznie trzeba się wybrać na nowe zdjęcia, pozdrawiam ciepło :*